Ludzie Miejsca

Co gra, to obyczaj

7 stycznia 2020

Piłka nożna – pierwsza pasja chłopców, weekendowa rozrywka pantoflarzy, najpopularniejszy sport na ziemi. Dla niektórych królowa wszystkich dyscyplin, dla innych zaś „głupia gra”, w której 22 facetów z językami na wierzchu biega za łaciatą piłką.




Dla jednych X, dla drugich Y. Kontrowersje można mnożyć. Co takiego robi z człowiekiem, że ten jest w stanie dla niej wstrzymać oddech przed telewizorem? Żeby to zrozumieć, trzeba tak naprawdę wstać z kanapy i samemu wybrać się na stadion. Do dziś pamiętam swój pierwszy mecz na żywo: Polska kontra Irlandia. Zupełnie inne doświadczenie. Przez telewizor nie byłem w stanie zobaczyć tego, jak tworzy się przedmeczowa atmosfera: nie widziałem śpiewających kibiców, nie słyszałem odgłosów trąbek, nie szedłem ramię w ramię z podpitymi fanami.


fot. Guillaume de Germain

A kiedy wybrzmiewa pierwszy gwizdek, kibicujesz albo zamykasz buzię i nie jesteś w stanie oderwać wzroku od murawy. Do tego stopnia, że gdy czujesz głód, pragnienie, potrzebę załatwienia się, jesteś gotów torturować własne ciało do zakończenia pierwszej połowy. Taka jest właśnie piłka nożna – jesteś jej totalnie podporządkowany, zmusza cię do przekraczania własnych granic wytrzymałości, oferując w zamian całą gamę emocji: radość, smutek, zaskoczenie, niepokój, gniew, ciekawość. Nie ma mowy jednak, żebyś choć przez chwilę poczuł wstręt.



Moja lojalność wobec piłki z czasem została wystawiona na próbę. Jako nastolatek zacząłem interesować się innymi dyscyplinami, w tym amerykańskimi, które przez swoją odmienną naturę bywają dla Europejczyków trudno przyswajalne. Jedną z nich był baseball – czyli amerykańska wersja palanta. Dla nas gra z cyklu: słyszałem, ale nie oglądam.



Ja za to wkręciłem się na maksa. Do tego stopnia, że zdarzało mi się zarywać nocki, aby do samego końca śledzić wynik spotkań. Dość szybko też pojawiła się pokusa obejrzenia meczu baseballu na żywo i przeżycia nowych, nieznanych dotąd wrażeń. I tak ostatniego dnia maja 2013 roku wylądowałem na lotnisku JFK, by dzień później pójść na mecz „Jankesów” z „Czerwonymi Skarpetkami”. Moja ekscytacja sięgała zenitu. Nowy Jork, baseball i słynny Yankee Stadium. Gratka dla takiego fana jak ja.



fot. Chanan Greenblatt

W drodze na stadion zauważyłem jednak, że coś jest nie tak. Kibice nie zachowywali się „tak jak powinni”: zero okrzyków bojowych, żadnych przyśpiewek, machania szalikami, dmuchania w trąbki czy w znane z MŚ w RPA wuwuzele. Nie zauważyłem też, aby jakaś grupka osób zataczała się pijana przed bramkami wejściowymi; w Polsce i Anglii zdarzało się to często, choć rzecz jasna nie stanowiło żadnej normy kulturowej wśród fanów. Tutaj jednakże trudno było nawet o odosobniony przypadek pijaństwa. Pomyślałem: co jest grane?



Wszyscy zachowywali się strasznie spokojnie i tak bardzo grzecznie, że przez chwilę zwątpiłem w to, że mam w ręku wejściówkę na wielkie derby, najbardziej prestiżowe starcie między dwoma największymi rywalami tej dyscypliny. Wyglądało to tak, jakbym zmierzał na lokalny festiwal smaków, a nie miejsce kultu amerykańskich gladiatorów. Czułem niemałe zaskoczenie.

Uznałem jednak, że nie warto przejmować się nieudanym wstępem, bo skoro duch sportowej rywalizacji nie wstąpił w nikogo przed obiektem, to dojdzie do tego w środku, gdy wszyscy zebrani usiądą już na swoich miejscach i powoli, jeden za drugim zaczną przesiąkać jego mocą. Może takie są bejsbolowe zwyczaje.



fot. Kale Desantis

Gdy znalazłem się już wewnątrz obiektu, zrozumiałem, że właściwie nic nie wiem o tej grze. Wbrew oczekiwaniom, ponad 40 tys. osób ubranych w biało-niebieskie pasiaste koszulki i czapki ze słynnym logiem „NY” przybyło do świątyni baseballu urządzić sobie… piknik.


To nie żart. Co druga osoba, którą mijałem, miała w ręce hot doga lub piwo. Ludzie przynosili na swoje miejsca ogromne kubełki frytek, popcornu lub skrzydełek (niektórzy dobierali do kompletu czteropaki z litrowymi Pepsi, albo pokaźną porcję lodów) i bezwstydnie brudzili w nich ręce. Jeśli ktoś miał ochotę na dokładkę, nie czekał, jak w piłce, do następnej przerwy, tylko od razu udawał się do punktu gastro. Mega-obżarstwo i totalny brak powściągliwości.



fot. Jose Morales

Masowej uczcie towarzyszyły salwy śmiechu, radosne pogaduszki o błahostkach, bujanie się w rytm przedmeczowej muzyki. Muzyki popularnej, współczesnych hitów, a nie klubowego hymnu. W rzędzie przede mną dwójka mężczyzn w średnim wieku rozmawiała na temat cen ubezpieczeń samochodów, a nastolatka dwa siedzenia dalej przez większość czasu gapiła się na telefon, by w połowie meczu zerwać się z miejsca i zatańczyć w rytm puszczonej z głośników „YMCA”.

Byłem zdumiony. Nie myślałem, że stadion sportowy może służyć jako przestrzeń do pożerania fast-foodów, pogawędek o życiu, śpiewania przebojów, tańca; zabawy zupełnie niezwiązanej ze sportem. Czy kogoś w ogóle obchodziło to, co się działo na boisku? Nie wiem.



fot. Eduardo Baldera

Mam pewność co do jednego. Baseball w odróżnieniu od piłki nożnej pozwala ci decydować, jak chcesz spędzić podczas meczu czas. A możesz robić, co tylko chcesz, w dodatku bez poczucia skrępowania czy obawy przed ominięciem „zagrania roku”. Skąd taki komfort? Sympatycy widocznie uważają, że baseball jest dla ciebie, a nie ty dla baseballu.


A co w sytuacji, gdy tak jak podczas meczu piłki, chcesz poświęcić mu całą swoją uwagę? Cóż, ja spróbowałem. Skończyło się źle: w połowie spotkania nie wytrzymałem tempa i… zasnąłem.




Dane Chyła – Rocznik 95′. Urodzony w Stanach, wychowany w Polsce. Amerykańskim sportem zafascynowany od dziecka. Póki co zaliczył dwa mecze NFL i jeden MLB. Do pełni szczęścia wystarczy tylko obecność na meczu ligi NHL oraz ukochanej NBA.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Jesteśmy ciekawi, co Ty uważasz – zostaw komentarz :)x
()
x