Lifestyle Ludzie

byliśmy modni, zanim to było modne

23 grudnia 2019

Nie wiem, czy tak jak ja macie swoje ulubione słowa. Jednym ze szlagierów mojego prywatnego słowniczka jest słowo NOSTALGIA

Po wielokroć odkopuję swoje stare pamiętniki, bo kocham przełom lat 90. i dwutysięcznych. Wokół szaleje ten cały konsumpcjonizm, a ja codziennie stawiam czoła dorosłemu życiu i walczę z presją społeczeństwa. Dziecięcą beztroskę pożegnałam z nie lada smutkiem. Obserwuję mody i módki – zataczają koło, odchodzą w zapomnienie i wracają niczym nowe. Ostatnimi czasy na modowym piedestale plasują się zero waste, ekologia i slow food. I coś mi się wydaje, że choć zadomowiły się na dobre w kulturze, polityce czy Instagramie – wcale nie są czymś odkrywczym. Ja już to przeżyłam. Chyba byłam modna, zanim to było modne.


fot. @insta_repeat


Nie myślcie, że przemawia tu teraz przeze mnie wybujałe ego. Jak okaże się w
późniejszej części artykułu, moda plasowała się w moim życiu raczej w biednym wydaniu. Mieszkałam na wsi, co we wczesnym dzieciństwie skutecznie odseparowywało mnie od „cywilizacji” i szeroko pojętego miasta. Miasta, jako miejsca, które w tamtym czasie cieszyło się obecnością hipermarketu Hypernova, a dostęp do McDonalda miały tylko wielkomiejskie – moimi oczami – dzieciaki, którym zwyczajnie zazdrościłam chicken mcnuggets. Jednak nie zdawałam sobie sprawy z jednego, a wiem to dziś – wieś pretendowała do miana prekursora nadchodzących trendów.


Jako dziecko nie potrafiłam docenić w pełni ilości otaczającego mnie dobra. Brzmi jak patos, ale sprawa jest wagi prawdziwego krowiego mleka. Czy ktoś pamięta jeszcze jego smak? I kiedy to “bez laktozy” zaczęło pojawiać się na salonach? Dziś sama wybieram takie produkty, a niemalże dwadzieścia lat temu biegałam do Pani Zemankiewiczowej z bańką po krowie mleko i nie było po nim bólu brzuszka. Robiłyśmy z babcią domowe sery i masło, a były one jedynym słusznym dodatkiem do ziemniaków w mundurkach. Kto nie był na prawdziwych wykopkach, niech za narodowe warzywo wciąż uznaje cebulę. I może dziś opieka społeczna przyjrzałaby się z politowaniem mojemu zwolnieniu ze szkoły na rzecz wykopków, ale kiedyś była to wiejska impreza must be there. Dziś to Anja Rubik byłaby ich ambasadorką i nie byłoby siary.


fot. Vogue Polska

Choć moja babcia Anna wiedziała mniej od sławetnej Anny Rubik o pielęgnacji
ciała, krem Bambino potrafił dbać o jej cerę lepiej niż wszystkie inne diory. Do
tego pięć posiłków dziennie, rozpoczętych codziennie przez czterdzieści lat od
tych samych płatków owsianych górskich ekstra. Pesel mojej babci zaczyna się od 24 i wciąż ma się całkiem dobrze. Przepis na maseczkę z żółtka stosowała, jak mniemam, pierwsza, ma więc niezły ubaw, gdy słyszy dziś o kupowaniu ekologicznych alternatyw za miliony monet.


Po tej samej stronie barykady stoi mój tata. Wiedział już dawno, że pszczoła to
mądry i potrzebny stwór, jeszcze zanim mogliśmy ją adoptować przez Internet. Tata Staszek przez swoją pasiekę rozkochał mnie w miodzie. Jadłam go litrami, zanim słoik kosztował ponad 30 złotych. Dziś trochę zazdroszczę sobie sprzed lat. Pamiętam, że zanim na dobre rozhulały się piesze wędrówki do apteki, z większością chorób radzono sobie bez wychodzenia z domu. Ot co, mleko z miodem i czosnkiem, ziołowe inhalacje, syrop z cebuli – szlagiery każdej grypy. Legenda głosi, że prozdrowotne blogerki po wyleczeniu chorego gardła powyższymi specyfikami czuły się niczym Alexander Fleming po wynalezieniu penicyliny.


fot. Dr. Max

Wierzcie mi na słowo, to nie jest kolejny tekst z serii ,,A kiedyś to było…” ze
zdjęciem w tle, na którym patrzę w dal z zadumą. Mam jedynie nieodparte
wrażenie, że kiedyś z innych pobudek nosiliśmy ciuchy po starszym rodzeństwie, dziergaliśmy czapki, używaliśmy własnych toreb na zakupy, czy sadziliśmy warzywa. Słowem kluczem była oszczędność. I nie czuję się pokrzywdzona, że na dwie rodziny było jedno auto oferujące raz na miesiąc zieloną kartę do królestwa zwanego hipermarketem. Odmawianie, ograniczanie, wykorzystywanie ponownie, recyklingowanie i kompostowanie miało niegdyś zwyczajnie inne podłoże. Dziś do ideologicznych przekonań należy dodać czynnik zwany modą.



THE LESS I KNOW THE BETTER, czyli zero waste polskiej biedy


No dobrze, przenieśmy się w czasie. Bez patrzenia w dal z zadumą. Zacznę od
naszych babć, bo to one jako główne dziewiarki Rzeczpospolitej Polskiej
gwarantowały nam ciepło za pośrednictwem wełnianych czapek i skarpet, a ciepło zawsze uznawałam za najważniejszą z potrzeb, której Maslow najwyraźniej nie przegadał z naszymi babciami. Żałuję, że moja babcia nie ma Instagrama, bo to chodząca eko-influencerka, w swoich insta-atrybutach posiada: szczęśliwe kurki znoszące jajka zerówki, ogród pełen nienawożonych warzyw i owoców oraz parapety zastawione roślinami (wiadomo, prawdziwa #plantgirl). Do tego przygarnęła samotnie tułającą się kotkę, a swoje rustykalne wesele kilkadziesiąt lat temu miała w wiejskim domu, tuż obok stodoły i drzew. Jako królowa feminatywów mogłaby stworzyć wiejski klub feministyczny, całe życie przecież jeździ do doktorki. Mogłaby również piastować stanowisko ambasadorki ruchu body positive, głosząc swoje maksymy – piękne ciało to zdrowe ciało, a za każdymi dodatkowymi kilogramami kryje się dostatek i powodzenie w życiu.


Bycie dzieckiem na wsi to życie niezwykle instagramable – lato spędzone nad
jeziorem, pod namiotem i w hamaku, zrywanie owoców prosto z drzew, jesienne wieczory spędzone przy ognisku po dniu pełnym pieszych wędrówek do lasu po grzyby. A zimą noszenie kurtki po starszym rodzeństwie jak to przystało na prawdziwych prekursorów mody na ubrania z drugiej ręki.


fot. SuperStyler


Nie zapominając o kulinarnym hedonizmie, przenosimy się do kuchni, gdzie rządzą rodzice. Mama potrafi ugotować zupę z niczego, a resztki stają się idealnymi składnikami do stworzenia dania z klasą. Tato udowadnia, że zwierzę można zjeść niemalże w całości, zanim kilka lat później w fancy restauracyjce podadzą nam ozory wołowe z nowalijkami i popiołem z pora oraz kurze serca w towarzystwie konfitury z cebuli i picadą z migdałów. No i zanim frytki z ziemniaków zaczniemy nazywać rzemieślniczymi.


fot. 1. @sannaslandofillusion 2. @polna_zdroj 3. Radwański Wojciech
Agro-Pustelnik 5. Discover Nature 6. Pan tu nie stał 7. @body_mirror
@dinette.pl 9. @odzywiajsiezdrowo


Wygląda jakby znajomo?


Jeżeli wraca wszystko to, co stanowiło część mojego dzieciństwa na wsi – kupuję tę modę. Róbmy wełniane czapki, spędzajmy weekendy w domach z murem pruskim, kupmy dwie kury i pojedźmy na grzyby, idźmy na zakupy z własną torbą i przynieśmy do domu ubrania z drugiej ręki, zjedzmy kalarepki z ziemi i urządźmy wesele w stodole. Chwalmy się podróżami z własnym kubkiem, segregacją śmieci i szarym papierem toaletowym z recyklingu, bez względu na to, gdzie poszukamy zalążka tych działań.


Nie twierdzę, że w równoległej miejskiej rzeczywistości ekologiczne ruchy nie
rozwijały się równie prężnie. Myślę jednak, że ich prekursorem pozostanie wieś jako kolebka ograniczania, przetwarzania i oszczędzania. Miasto uznaję w zamian za idealny nośnik tej mody. Jedno pozostaje bez zmian, wspólna filozofia. Więc make space, less waste, bo wiadomo – less is more, bez względu, do którego kolektywu należycie.


fot. 1. @zero.waste.collective 2. @szafasztywniary 3. @zero.waste.collective
4 @kasia_ograniczamsie 5. @szafasztywniary 6. @targi.zero.waste
@zerowasteinspiration 8. @kasia_ograniczamsie 9. @bambaw.zerowaste


Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie DSC_0231-2_Easy-Resize.com_-150x150.jpg

Martyna Hajbowicz – Kulinarna hedonistka, fanka designu, sztuki współczesnej i lat 90. Feministka i nonkonformistka. Szczególną miłością darzy rośliny. Najcenniejsze w życiu: podarowane przez babcię Annę drzewo cytrynowe oraz prowadzone od szóstego roku życia pamiętniki. W długoletnim związku z jogą, coca-colą, spódnicami do połowy łydki i literaturą faktu.


No Comments

    Leave a Reply