Miejsca

Stacja Wolimierz

13 sierpnia 2019

Stare łączy się z nowym. Etniczne instrumenty mieszają się z eksperymentalnymi dźwiękami, gatunki muzyczne przenikają się ze sobą. Stykają się tu kultury z całego świata.


Wieść gminna niesie

Długo nie mogłam się zdecydować, czy napisać artykuł o Wolimierzu. Z lekką nutą samolubstwa chciałam zachować go tylko dla wtajemniczonych i drodze pantoflowej pozostawić rozpowszechnianie tej magicznej wiedzy. Innym razem, ilekroć odwiedzałam to miejsce, byłam przekonana, że niejedna osoba mogłaby zauroczyć się w nim bez pamięci i wracać tam, gdy tylko jest to możliwe. Myślę, że czas zdjąć enigmatyczną woalkę i przychylić się do drugiej opcji. Niech wieść gminna niesie, co dobre.

Gdy sztuka unosi się ponad obiegową zwyczajność

Wolimierz to maleńka wioska u podnóża Gór Izerskich i moja osobista perełka pośród podróżniczych znalezisk. Jest to miejsce, które niejedno pamięta, na kartach jego historii wojna odcisnęła swoje piętno. Mijając okoliczne wioski, wciąż możemy odnaleźć charakterystyczny krajobraz dla Ziem Odzyskanych. Nie brakuje tu urokliwych domów przysłupowych, zdobionych pruskim murem. Niektóre zabytkowe perły architektury popadają dziś w ruinę.

Nie inaczej mogło być z budynkiem stacji kolejowej w Wolimierzu – choć dziś jawi się on jako międzyplanetarne królestwo sztuki, lata temu został przeznaczony do rozbiórki. Obecny stan możemy zawdzięczać grupie artystów, którzy zauroczeni możliwością zaadaptowania tej wyjątkowej przestrzeni dla swojej sztuki i kulturowego rozwoju, przybyli na stację na początku lat 90.


fot. Amadeusz Świerk

Po latach pracy siedmioosobowy skład przyciągnął do siebie rzesze artystów przeróżnych profesji, a zwykła stacja kolejowa zamieniła się w niezwykły Instytut Przemiany Czasu w Przestrzeń. Na czele przedsięwzięcia stoją Jemiołka i Krzysztof Wiktorczykowie, a ich Stację Wolimierz od lat inspirują słowa Henryka Wańki:

Inna przestrzeń otwiera się przed nami, gdy jakimś miejscom zaczynamy przypisywać szczególne znaczenie. Gdy sztuka unosi nas ponad obiegową zwyczajność. Gdy do powszedniości dodajemy element odświętny. Gdy czcząc naszą, ludzką przestrzeń wzbogacamy ją o wymiar niezwykły.

W Wolimierzu przenikają się ze sobą barwy, zmysły, kultura, natura i sztuka. Ludzie, idee, pasje i zaangażowanie. Corocznym efektem tego połączenia jest festiwal, gdzie na krańcu świata dane nam jest przenieść się w inny wymiar – w inny wymiar zbiorowej świadomości, bo pod taką nazwą wydarzenia zaprosili nas organizatorzy w swoje skromne wolimierskie progi.

Gdy do powszedniości dodajemy element odświętny

Boso w spódnicy do ziemi wchodzę w każdą jedną kałużę, a moje ciało lekko faluje wraz z muzyką – tak wspominam sobotę w południe tegorocznego Festiwalu Zbiorowej Świadomości. Zaraz po porannym deszczu wzeszło słońce i próżno było szukać warunków niesprzyjających celebrowaniu tego osobliwego wydarzenia.

Festiwal trwa tu już od 1995 roku. Co roku opatrzony inną, nieprzypadkową nazwą. Jemiołka Izerska – jak mówi o sobie organizatorka i matka Stacji – wyjaśnia, że ideą tegorocznego festiwalu jest wspólne myślenie o mądrych działaniach dla planety. Zaznacza, że jest on od zawsze połączeniem ekologii i sztuki oraz wspaniałych, pięknych ludzi, a podstawową ideą jest spotkanie i wymiana pozytywnej energii.

Muszę przyznać, że mogłoby to brzmieć jak banał i autorka tych słów sama przyznaje, że dziś dostępność festiwali kuszących duchowym wymiarem oferowanych przeżyć jest ogromna. Wolimierz był jednak pierwszy i jest ponad wszelką modą. A wyróżnia go przede wszystkim autentyczność. Bilet na wydarzenie to symboliczna kwota, nie liczą się pieniądze, a serce. Dookoła masa wolontariuszy. To miejsce tworzą ludzie. 


fot. Amadeusz Świerk

Staram się dotrzeć w najmniejszy zakątek danej mi przestrzeni. Mijam oczy Buddy, pamiątkowe semafory, kolorowe girlandy i unoszące się na wietrze bańki mydlane. Dociera do mnie z zewnątrz ogrom bodźców i czuję, że dochodzące do mnie dźwięki, barwy, głosy i zapachy tworzą tu spójną całość.

Panuje tu czasowy i kulturowy eklektyzm, stare łączy się z nowym, a tradycja zostaje zachowana i kultywowana. Etniczne instrumenty mieszają się z eksperymentalnymi dźwiękami, gatunki muzyczne przenikają się ze sobą. Stykają się tu ze sobą kultury z całego świata. Przechodzę obok obrazów, rzeźb, starych wnętrz i mebli z duszą, mijam stoiska z ceramiką, drewnem, biżuterią z surowych kamieni szlachetnych – czuję się jak w małym królestwie surowców naturalnych.

fot. Amadeusz Świerk

Spostrzegam mandale oraz ręcznie malowane ubrania. Natykam się na lepienie w glinie w oranżerii, a także na warsztaty bębniarskie. W programie jest również nauka robienia na szydełku, śpiewu białego oraz tańca orientalnego, gdzie znów przenikają się zapomniane tradycyjne metody rękodzieła, czy czerpanie z odmiennych kultur.

Wolimierz zaskakuje mnie słowotwórczą kreatywnością, odczuwam nieodpartą radość na samo brzmienie Kopuły Wierzbowej, Ogrodu Matki Ziemi, Laboratorium Ruchu, Kręgu Medycyny Pieśni czy Wioski Jogi. Możliwość skorzystania z Warsztatów Sztuki Umierania czy wysłuchania wykładu z zakresu duchologii i szamańskich terapii przyciąga mnie już z samej nazwy.

fot. Amadeusz Świerk


Zachwycam się smakami i zapachami. Próbuję oferowanych potraw, w powietrzu unosi się woń z wegańskiego kotła. Piję czaj, leżąc pośród poduszek na ziemi wysłanej dywanami pod dużym namiotem. Kosztuję miodów, wina z dzikiej róży oraz wiśniowej kombuchy. W tle aromat pieczonego chleba oraz naleśników z czosnkiem niedźwiedzim. Chłód wieczora staje w szranki z gorącą yerbą z imbirem i miodem. Niedzielnym popołudniem szczęśliwie kupuję ostatni kawałek ciasta drożdżowego z jagodami, a do domu mam zrobiony już zapas miodu pitnego oraz wina z czarnego bzu. Teraz najedzona mogę udać się już poznać swój kosmogram, bo na jogę jestem zbyt pełna.

fot. Amadeusz Świerk

Gdy czcząc naszą, ludzką przestrzeń wzbogacamy ją o wymiar niezwykły

W nocy udaję się z lubym na plac zabaw. Pusty i pośród drzew wydaje się miejscem idealnym na nocne dysputy. Odzywa się w nas głos wewnętrznego, uśpionego dziecka. Kołyszemy się na huśtawce rozprawiając o tym, jak wraz z wiekiem tracimy tę dziecięcą odwagę do upadków, podejmowania ryzyka, nowych wyzwań. Jak coraz rzadziej zdarza nam się śmiać do łez, do rozpuku, korzystając z pełni swoich płuc. Tak śmialiśmy się dziś. Nostalgicznie zmierzamy ku ognisku, kolejni ludzie, dźwięki i zapach ogniskowego dymu na ubraniach. Świt celebrujemy porannym spacerem do lasu. Obcowanie z naturą, bose spacery i śmiech w wolimierskiej scenerii działają jak katharsis.

Stacja Wolimierz działa na mnie terapeutycznie, bo jak nigdzie indziej odnajduję to, co fascynuje mnie od lat, a czego nie sposób uświadczyć z wymarzoną częstotliwością na co dzień. Pozwala mi na łagodność, uczy empatii, przybliża ku sztuce, uczy miłości oraz szacunku do natury. Ludzką przestrzeń wzbogaca o wymiar niezwykły.  






Martyna Hajbowicz – kulinarna hedonistka, kinomanka, fanka designu, sztuki współczesnej i lat 90. Feministka i nonkonformistka. Wiecznie zasłuchana. Szczególną miłością darzy rośliny. Najcenniejsze w życiu: pierwsze winyle, podarowana przez babcię dwudziestoletnia cytryna oraz prowadzone od szóstego roku życia pamiętniki. W długoletnim związku z jogą, coca-colą, spódnicami do połowy łydki i english breakfast.




You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply