Główna Miejsca

Tropem wrocławskich tatarów

30 lipca 2019

Wrocławscy smakosze uważają, że w stolicy Dolnego Śląska są najlepsze tatary. Mr. Anke nie zgadza się z tym stwierdzeniem. Jego zdaniem statystyki kłamią i stoi za tym jakieś tajemnicze oszustwo.


Wrocław, rok 2019

Starszy detektyw, kiper i organoleptyk dał się wplątać w społeczno-obyczajowy skandal, który wybuchł w głównej siedzibie detektywistyczno-degustatorskiej.
Mr. Anke nie wierzy w talenty szefów kuchni i oceny klientów. O jakości wrocławskich tatarów musi przekonać się na własnej skórze. Z determinacją rzuca się w wir śledztwa, aby rozwiązać tę zagadkę. Czy są tu jacyś winni?

Mr. Anke nie przypuszczał jednak, że ta sprawa może go tak pogrążyć.



Bar Ambasada, ul. Świętego Mikołaja 8

fot. Paulina Matuszkiewicz

Z tajnych, archiwalnych zdjęć dowiedziałem się, że lata temu nieopodal baru znajdowała się tu restauracja o nazwie Ambasador. Właściciele z niewyjaśnionych przyczyn zamknęli lokal i po kilku latach powstała tu Ambasada, która odnosi się do historii i tradycji tamtego miejsca. Chodzą plotki, że po ich tatarze ludzie umierają. Jest to bardzo podejrzane. Może dosypują cyjanku do mięsa? Albo sprzedają zgniliznę? Śmierdząca sprawa. Byłem bardzo ciekawy, co zastanę w środku.

Wystrój lokalu był dosyć surowy. Ściany jasne, ozdobione licznymi zdjęciami
z przedwojennego Wrocławia i plakatami filmowymi. Ciemnobrązowe, ciężkie meble nadawały temu miejscu mroczny klimat. 

Podszedłem do drewnianego baru. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. 

– Tatar po pięć złotych?! – wykrzyknąłem sam do siebie ze zdziwienia. Ups. Miałem się nie wyróżniać, a w tamtej chwili wszyscy dziwnie na mnie patrzyli. No nic. Zamówiłem i usiadłem na krześle przy samej ladzie.

Ku mojemu zdziwieniu zostałem bardzo miło obsłużony. Na pierwszy rzut oka barmani nie wyglądali na morderców. Dostałem mój tatar po czterech minutach oczekiwania. Podejrzane. Był podany w przepiękny sposób i pachniał znakomicie. Można było wyczuć, że składniki były świeże. Wszystko było tak jak trzeba. Był chlebek, masełko, klasyczne dodatki: ogórek kiszony, cebulka i grzybki. Bałem się spróbować, jednak w moim zawodzie poświęcenie to codzienność. Wygląd i zapach przyciągał, więc nie dałem się oprzeć.

Ambasada zapewne skrywa wiele tajemnic, ale jedną udało mi się rozwiązać. Właściciele to prawdziwi mordercy! Jedząc ich tatar, umarłem i trafiłem do nieba. Tatarowego nieba Ambasady.


Bar Setka, ul. Stanisława Leszczyńskiego 4


fot. Paulina Matuszkiewicz

Kolejnym miejscem na liście podejrzanych o najlepszy tatar był bar o nazwie Setka, położony w centrum miasta. Jadąc tramwajem, najlepiej wysiąść na Świdnickiej, by niezauważonym prześmignąć do lokalu. Nie trzeba być detektywem, żeby tu trafić. W archiwach piszą, że można tu przesiadywać codziennie od 10:00 do 6:00. Że co? Kto z obsługi jest w stanie wytrzymać tyle na nogach? Właściciele oszaleli? Wiało mi to jakimś kartelem narkotykowym.

Stałem przed wejściem do baru, trzeba przyznać – sam wygląd nie zachwycał. Trochę im się style pomieszały, bo niby taki PRL, stary maluch przerobiony na stół, ale skąd wzięły się tam neony? Zadzwoniłem do centrali, bo przypomniało mi się, że gangi narkotykowe używają specjalnych kolorów, żeby oznaczyć swoje kryjówki. Nikt nie odbierał, a z moją pamięcią bywa coraz gorzej. No nic, stwierdziłem, że może w środku mi się przypomni i będę wiedział z kim mam do czynienia.

Podszedłem do baru, zamówiłem i dostałem numerek 14. Zapłaciłem 13 złotych i w gratisie dostałem gumy „turbo”. Ciekawe połączenie. Przypomniały mi się czasy dzieciństwa i dom. Zastanawiało mnie, co oznaczają te cyfry. Dlaczego akurat 14 i 13? Trzynaście, czternaście, jeden, trzy, jeden, cztery.

Po kilku minutach barmanka wywołała mój numer. Mój wyczekany tatar. Czytając wcześniej opinie na portalach, natknąłem się na bardzo ciekawy wpis. Ktoś napisał, że tatar w Setce uzależnia. Połączyłem fakty i w końcu zrozumiałem, że mają tam wytwórnię narkotyków, które dosypują do tatara. Ludzie wystawiają mu pozytywne opinie nie dlatego, że im smakuje, tylko dlatego, że się uzależnili i nie wyobrażają sobie bez niego życia.

Byłem bardzo ciekawy czy moje podejrzenia okażą się prawdziwe.

Danie było podane tradycyjnie: wołowina, żółtko na środku – tym razem w towarzystwie musztardy. Oraz dodatki: kiszony ogórek, cebulka i marynowane grzybki. Nie zapomnijmy o chlebie, niby był, ale bez masełka. Wyciągnąłem probówki, pipetki i wykrywacz toksyn. Zebrałem po trochę z każdego składnika, żeby przebadać wszystko w laboratorium i mieć niezaprzeczalne dowody zbrodni. Przejechałem wykrywaczem po podejrzanym obiekcie. Zbadał, że w tatarze nie ma żadnych substancji toksycznych, co oznaczało, że nie ma również narkotyków. Dziwne. Postanowiłem skosztować. Wykonałem pierwszy niepewny gryz. Nie mogłem wyjść z podziwu. Smak jak u babci. To był prawdziwy domowy tatar.

Postanowiłem zamknąć śledztwo, gdyż zrozumiałem, że tajemniczym składnikiem nie były narkotyki, lecz pasja i prawdziwy talent do kuchni.

Bar Przedwojenna, ul. Świętego Mikołaja 81

fot. Paulina Matuszkiewicz

Zrobiłem rozeznanie. Tatar w Przedwojennej przoduje we wszystkich rankingach. Poczytałem więcej o tym lokalu i opiniach na jego temat. Zdziwiło mnie kilka wpisów o pewnego rodzaju hipnozie. Ponoć wchodząc do baru, klient przenosi się w świat sprzed wojny i zmienia się w inną osobę.

Czy dzisiejsza technologia pozwala na takie udogodnienia? Czy ktoś już wymyślił teleport? 

A może właściciele stosują hipnozę, żeby mieć większą sprzedaż? Musiałem to sprawdzić. Wyczytałem, że bar jest otwarty przez całą dobę. Może z wyjątkiem niedziel, wtedy tylko do 22:00. Przeszedłem się tam w godzinach wieczornych.

Wystrój trochę mnie przeraził i faktycznie przechodząc przez próg, poczułem się jak za czasów moich pradziadków. Czas się tu zatrzymał. Na ścianach Piłsudski i wycinki ze starych gazet. Meble jak ze starego westernu i dużo mebli. Zdecydowanie za dużo.

Było tyle ludzi i mebli, że nie miałem jak się rozglądać. Wszyscy byli jak w transie: pili, tańczyli, śmiali się i jedli zakąski. Też zamówiłem sobie tatar (za siedem złotych).

Czekając, wypiłem trzy shoty czystej. Nie mogłem przecież, stać jak słup. To wzbudziłoby podejrzenia, a w zawodzie detektywa trzeba wtapiać się w tłum niczym kameleon. Na szczęście z głośników leciała tak klimatyczna muzyka, że nie mogłem się powstrzymać. Zacząłem tańczyć i klaskać. Jak nie ja. Reszta ludzi razem ze mną. Barmanka zadzwoniła dzwoneczkiem, żebym odebrał danie. Ledwo usłyszałem, bo porwała mnie zabawa.

Tatar full wypas: jasne mięso, jajko, cebula, ogórki, grzybki i chleb z masłem. Niby klasyk, ale skradł moje serce. W połączeniu z wódką i muzyką tworzył wspaniałą kompozycję. Po paru godzinach świetnej zabawy wyszedłem z lokalu. Stanąłem i próbowałem rozwiązać tajemnicę tego magicznego miejsca.

Byłem pewien, że żadna technologia ani hipnoza nie miała wpływu na to, co się ze mną stało. Ze mną i resztą ludzi na sali. Ciężko było mi znaleźć jakieś wskazówki. Długo szukałem rozwiązania tej zagadki. Może Przedwojenna przez lata wytworzyła tajemniczą energię wpływającą na to, że wszystko w środku jest pyszne i wspaniałe? Magia? Sprawa trafia do teczki z napisem: Do wyjaśnienia.

Dinette, plac Teatralny 8


fot. Paulina Matuszkiewicz

Po wstępnej analizie postanowiłem wybrać się do Dinette. Podejrzewałem, że lokal stosuje na klientach metody wymuszania i manipulacji. Serwował przepyszne przystawki, dania główne i desery. Podawał je w tak piękny sposób, że klient niczego nieświadomy płacił za nie jak za złoto.

Postanowiłem się tam przejść,  żeby powęszyć i spróbować. Byłem ciekaw, czy uda im się zmanipulować także mnie.

Plac Teatralny to całkiem urocze miejsce. Ma piękną architekturę. Wszedłem do restauracji i już na wejściu nie mogłem pozbierać szczęki z podłogi. W tamtej chwili poczułem się, jakbym miał z sześć zer na swoim detektywistycznym (biednym) koncie. Lokal wyglądał jak z okładki glamour.

Usiadłem przy stole, zamówiłem tatara za 26 złotych i lampkę czerwonego wina, a co!  Pomimo dobrego pierwszego wrażenia – postanowiłem, że nie dam się omamić.

Na danie czekałem 20 minut. To trochę za długo, jak na przystawkę, jednak trzeba przyznać, że zbudowało to specyficzne napięcie. Na szczęście zawód detektywa nauczył mnie cierpliwości. Skosztowałem. Tatar skradł moje serce, był bardzo ładnie podany – na czarnym talerzu, ozdobiony szczypiorkiem i posypką z prażonego sezamu, ale bez jajka.

W tamtej chwili zrozumiałem, że czasem warto być detektywem. Cena zbija ludzi z tropu, mnie również zmyliła. Jednakże Dinette ma taką renomę, że daje im to przyzwolenie na manipulowanie mojego podniebienia.

Fuzja na Solnym, Plac Solny 4

Sama nazwa restauracji była dla mnie zagadką. Czym jest fuzja? Moim pierwszym skojarzeniem było połączenie przedsiębiorstw, drugim – reakcja jądrowa.

Od tajnych informatorów dowiedziałem się, że restauracja nie należy do najtańszych. Jej wystrój i wyposażenie również wskazują na płynące tam rzeki gotówki. Podejrzewałem, że jest to miejsce tajnych spotkań mafii. Dobre jedzenie i tatar to zapewne tylko przykrywka. I to jest właśnie „fuzja”. Połączenie restauracji z biznesami mafii, a ich czarny interes tworzy wielką reakcję jądrową. Jeśli wejdzie tam nieproszony gość – wszystko wybuchnie!

Stwierdziłem, że powęszę tam trochę i może to ja zostanę tym intruzem, a następnie aresztuję ich wszystkich i będą pisać o mnie pierwsze strony gazet. W końcu przede mną nic się nie ukryje, bo jestem detektyw Anke!

Faktycznie informatorzy mieli rację. Wszystko w środku było jakieś takie – zbyt równe, za idealne. Dużo szkła, kwiaty, piękne krzesła. Zastawa ułożona pod linijkę. Może jestem pesymistą, ale nie wierzę w istnienie perfekcji. Uważam, że zawsze znajdzie się jakiś mankament, błąd lub tajemnica, którą uda mi się wywęszyć. Obmacałem wszystkie ściany i odsunąłem każde lustro w poszukiwaniu tajemnego przejścia do kryjówki mafii. Kelner nie chciał wpuścić mnie do kuchni, ale na szczęście z przez wielką szybę mogłem prześledzić wszystko wzrokiem. Niestety nic nie znalazłem.

Lekko podłamany stwierdziłem, że chociaż zjem ten wychwalany przez wszystkich tatar.

Był nietypowy, bo z czarnym czosnkiem, suszonym żółtkiem, kaparami i chili. Zapłaciłem 29 złotych – sporo, ale musiałem sobie dogodzić po tej nieudanej próbie rozwiązania zagadki, której najwidoczniej nie ma i nigdy nie było. Zagryzając pieczywem ten przepyszny tatar, zacząłem użalać się nad sobą i nad swoją marną karierą. Co to za detektyw, który próbuje znaleźć coś, co nie istnieje? Marny mój los.

Fuzja na Solnym sprawiła, że uwierzyłem w perfekcję. Perfekcyjny tatar i wnętrze, które niestety nie skrywa za ścianami żadnych tajemnic. Zwracam honor.

Ragupracownia makaronu, ul. Sienkiewicza 34a

Fot. Paulina Matuszkiewicz

Po ostatniej porażce w Fuzji na Solnym postanowiłem zmienić tor swojego śledztwa.

Stwierdziłem, że bez żadnych informacji o lokalu, jego historii, tradycji i wiedzy o właścicielach odnajdę prawdę o tym, gdzie faktycznie mają najlepszy tatar w mieście. Wybrałem się do Ragu, które ma jedną z najwyższych ocen w wyszukiwarce Google. Moja detektywistyczna intuicja podpowiedziała mi, że pod prawie pięcioma gwiazdkami na pewno kryje się jakiś mroczny sekret.

Piękne, kameralne wnętrze przyciągnęło moją uwagę. Bogaty bar był ubrany po sam sufit w alkohole z całego świata. Styl retro, pomieszany z naściennymi malowidłami renesansu.

W poszukiwaniu odpowiedzi na niezadane jeszcze pytania przeprowadziłem wywiad z obsługą lokalu i zamówiłem mój obiekt badań – tatar. Był podany w dość nietypowy sposób. Wyglądał trochę jak dzieło sztuki jakiegoś nieznanego mi artysty. Przestraszyłem się, bo pamiętam jak w latach 90 poważnie zatrułem się drinkiem, do którego dolano zatrute farby olejne. Wydarzyło się to na bankiecie honorującym moje zasługi po złapaniu opętanego malarza zabójcy. Świr uciekł z aresztu i w ramach zemsty dolał mi trującej mieszanki farb. Przez tydzień leżałem w śpiączce. Lekarze walczyli o moje życie. Źle to wspominam. Może ten dureń znowu uciekł z więzienia i chce mnie dorwać za zniszczenie mu życia? Miałem nadzieję, że nie pracuje tam jako szef kuchni. Postanowiłem podpytać kelnerkę o imię i nazwisko szefa. Piotr Arasymowicz. Uff to nie on.

Kontrolnie zbadałem wykrywaczem toksyn wszystkie składniki, aby mieć stuprocentową pewność. Czysto.

Wziąłem pierwszy kęs. Drugi, trzeci, czwarty, piąty, czternasty. Zjadłem wszystko w ciągu 2 minut. Czy jest coś jeszcze wyżej nad niebem? Jeśli tak, to jestem jeszcze piętro wyżej.

Jako kiper potrafię rozpoznać każdy składnik, aromat i przyprawę dania. W tamtym momencie zrozumiałem tajemnice skrywaną w tatarze Ragu. Był to aromat wędzarniczy, czarnuszka, majonez, prażone orzeszki i co najlepsze… brak żółtka. Wszystko na odwrót, jednak w bardzo wyważony sposób. Zagadka rozwiązana.


Raport ogólny, Wrocław 2019

Jestem w szoku, a jak powszechnie wiadomo nie łatwo mnie czymś zaskoczyć. Podczas mojej detektywistycznej kariery widziałem już chyba wszystko. Myliłem się. Przyznaję bez bicia. Choć udało mi się rozwiązać wiele tajemnic podczas pobytu we Wrocławiu, okazało się, że największą zagadka jestem ja sam. Dlaczego we wszystkim węszę podstęp? Winę zawsze mogę zrzucić na moją pracę. Czy to skrzywienie zawodowe? Prawdopodobnie. Tę zagadkę rozwiąże później.

Nie potrafię wyłonić zwycięzcy, bywałem przecież w różnych miejscach. Trochę jestem na siebie zły, za założenie z góry, że nic dobrego mnie nie czeka we wrocławskiej gastronomii. Mam tylko nadzieję, że po moich ekscesach kelnerzy, barmani i właściciele lokalów przyjmą mnie w nich z powrotem.

Mr. Anke



Aleksandra Bem – Studentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu. Zapalona podróżniczka, która nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu. Co najmniej raz w miesiącu robi przemeblowanie, żeby nie popaść w monotonię. Gastro-turystka. Z natury optymistyczna miłośniczka kotów. Fanka powieści kryminalnych, Jimiego Hendrixa i festiwali muzyki trans.


Paulina Matuszkiewicz – Studentka trzeciego roku Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Miłośniczka twórczości Stephena Kinga. Lubi podróże, w ciągu kilku lat mieszkała w ponad pięciu krajach. Twardo stąpa po ziemi, jest realistką. Kocha zwierzęta. Fascynuje ją życie na Islandii, gdzie w dalekiej przyszłości pragnie założyć własne schronisko.

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply