Główna Lifestyle Ludzie

Czy kiełbasa może być sojowa?

2 lipca 2019

Są pewne tematy, które nigdy się nie nudzą i pomimo upływu lat pozostają niewyczerpanym źródłem żartów, choć mogłoby się wydawać, że już dawno przestały być śmieszne. Należą do nich z pewnością dowcipy o weganach dojących migdały o świcie i wyjadających wieńce na pogrzebie.


Nie będę tu jednak pisać o tym, czy weganie i wegetarianie są śmieszni i czy mają do siebie dystans. Pominę też to, czy w idealnym świecie każdy powinien móc jeść to, na co ma ochotę bez obaw o to, że inni będą zaglądać mu do talerza.
A także kwestię tego, czy w wegetarianizm wpisana jest misja ewangelizowania „niewiernych”, którą można realizować w mniej lub bardziej irytujący dla otoczenia sposób oraz etyczne aspekty niejedzenia mięsa w ogóle, choć są one niewątpliwe.

Przedmiotem mojego zainteresowania będą produkty wegańskie lub wegetariańskie „udające” dobrze znane produkty pochodzenia zwierzęcego i to, jak wielkie emocje wciąż budzą, mimo upływu lat, u wielu osób po obu stronach barykady.

W obronie definicji schabowego

Okazuje się, że kwestia tego, czy kiełbasa sojowa ma prawo mianować się kiełbasą, a mleko migdałowe mlekiem, to nie tylko przedmiot gimnazjalnych żarcików. To także pole bitwy purystów językowych, a nikt przecież nie wątpi, że poprawność językowa to w naszym kraju poważna sprawa.  No bo jakże to, przecież produkt pochodzenia roślinnego nie ma prawa nazywać się jak mięso!

Język polski (i każdy inny) został wykuty w kamieniu i nie podlega żadnym zmianom, a takie zjawiska, jak przeniesienie czy rozszerzenie semantyczne nigdy nie miały w nim miejsca. Najwyraźniej ci durni weg(etari)anie nie potrafią żyć bez mięsa, więc muszą rekompensować sobie jego brak, tworząc substytuty. W końcu ile można jeść samą trawę?

W obronie czystości idei

Ostatnio przekonałam się, że nie tylko mięsożercy są wrogami sojowych parówek. Pod postem pewnej firmy specjalizującej się w produkcji wegańskich wędlin rozpętała się burza, w której obok nieśmiertelnych komentarzy typu: Przyznajcie się, że tęsknicie za mięskiem, pojawiły się także opinie „prawilnych” wegan, głoszących, że jedzenie czegoś, co wygląda jak mięso, jest zbrodnią lub co najmniej czynem wątpliwym moralnie. Autorka jednego z komentarzy twierdziła z przekonaniem, że jeśli ktoś spożywa coś, co wygląda jak szynka, z pewnością nie ma też oporów przed jedzeniem szynki prawdziwej i należy podejrzewać, że pożera ją w sekrecie w zaciszu domowym, gdy nie ma świadków.

Kotlet sojowy nie czuje bólu

Zupełnie nie mogę pojąć, dlaczego sojowa kiełbasa czy kotlet jest aż takim problemem. Jeśli chodzi o kwestie poprawności językowej, to mamy przecież kotlety z ziemniaków czy z jajek i to od pokoleń. Mamy nawet, o zgrozo, kolorową bieliznę, plastikowe miednice, oraz szynkę drobiową i takież kabanosy. Jeśli ktoś jest ciekaw innych wyrazów, które zmieniły znaczenie, to polecam poradnię PWN albo i wstęp do językoznawstwa.

Co do aspektu etycznego, uważam, że główną ideą niejedzenia mięsa jest to, żeby nie przyczyniać się do cierpienia zwierząt i nie wspierać przemysłu hodowlanego, a to, czy dana osoba wcześniej mięso lubiła, czy nie, ma znaczenie drugorzędne. Jeśli lubiła, ale przestała je jeść, to wręcz zasługuje na większy szacunek, niż ktoś, kto od dziecka wolał zostawić mięsko i zjeść ziemniaczki. Nie ma więc nic wstydliwego w tym, że wegetarianin od czasu do czasu zatęskni za smakiem dzieciństwa i nabierze ochoty na coś przypominającego parówkę albo mielonego. Dzięki substytutom ma sposobność, by zaspokoić żądzę w humanitarny sposób. Wybór między marchewką a parówką sojową ma charakter wyłącznie estetyczny, nie moralny.

Uwolnić umami

Warto uwzględnić, że po produkty mięsno-podobne mogą sięgać też osoby na co dzień mięsożerne czy też tak zwani fleksitarianie. Jak mniemam dostępność i atrakcyjność smakowa owych produktów może przekładać się na zmniejszenie spożycia mięsa w społeczeństwie. Rzekłabym, że jeśli ktoś z wegetariańskiego obozu nie jest kompletnie zaślepionym fanatykiem, to powinien uznać to za pozytywny efekt i nie zżymać się na wegańskie hamburgery. Pomijam już to, czy smak, który kojarzy się nam z mięsem, to faktycznie smak mięsa, czy też dodanych do niego przypraw, oraz to, czy każdy dumny mięsożerca marzy o tym, by rozszarpać zębami jeszcze krwawiące ciało ofiary. Miłośników tatara nie brakuje, ale istnieje też spora grupa osób preferujących mięso w jak najmniejszym stopniu przypominające coś, co kiedyś żyło.

Przemysł mięsny walczy

Warto pamiętać, że sprawa ma też aspekt polityczny. Niemieckie Stowarzyszenie na rzecz Bezpieczeństwa Gospodarczego złożyło pozew przeciwko firmie produkującej sojowe „mleko”, „masło” i „serek”, argumentując, że wprowadza ona w ten sposób konsumentów w błąd. Sprawa zakończyła się w Trybunale Sprawiedliwości w Luksemburgu, który orzekł, że nazwy te powinny być zastrzeżone dla produktów pochodzenia zwierzęcego. Od tamtej pory ze sklepowych półek musiało zniknąć mleko sojowe, żeby ktoś przypadkiem nie kupił go wbrew swojej woli zamiast „prawdziwego”. (Zastanawiam się, co mógłby chcieć kupić ów wprowadzony w błąd konsument. Mleko krowie o smaku soi? Mleko od krowy karmionej soją?) Masło orzechowe i mleczko kokosowe jakoś uniknęły gilotyny.

Decyzja wywołała oczywiście oburzenie wegan (zapewne nie reprezentantów obozu purystów językowych), którzy uznali to za próbę ograniczenia promocji produktów pochodzenia roślinnego. Jednak najwyraźniej nie są oni na tyle znaczącą grupą konsumentów, by ich zdanie było traktowane poważnie.

Postanowienie spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem przez polskich producentów mięsa, którzy rozważają zaskarżenie produktów wegetariańskich, uzurpujących sobie nazwy tradycyjnie zarezerwowane dla wyrobów mięsnych. Problem mogą mieć jedynie producenci polędwicy z kurczaka, którzy dla odmiany próbują podszywać się pod wytwórców wieprzowiny. Podobne próby cenzury, lub jak kto woli ochrony konsumentów, były już podejmowane w innych krajach Europy, tajemniczym zrządzeniem losu, zawsze przez osoby związane z przemysłem mięsnym. Czekam z niecierpliwością na rezultaty tych manipulacji, z nadzieją, że do żadnej rewolucji w nomenklaturze jednak nie dojdzie. Bo niby jak miałaby się nazywać kiełbasa sojowa? Sojowy walec?








Aleksandra Dudra – nie dorosła do swych lat. Pamięta, jak Eminem zaczynał karierę, Metallica pozywała Napstera, a Kurt Cobain jeszcze żył (to akurat słabo). Nie wie do końca, którą generację reprezentuje, ale na pewno nie pokolenie Ikea ani JP2. Pracuje w korpo, ale ma nadzieję, że to się kiedyś zmieni, bo w głębi duszy jest antysystemowa. W wolnych chwilach śledzi pomysły altmedu i interesuje się Rewolucją Francuską. Lubi szczury i wiele innych zwierząt, ludzi jakby trochę mniej.



No Comments

    Leave a Reply